Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Drukuj

Opublikowano w:

Make My Wonderland: naturą malowane [WYWIAD]

Cudeńka wychodzące spod ręki Kasi Hryniewickiej przynoszą oddech od codziennego zgiełku, wprowadzając naturalne akcenty do gwarnej, zabieganej codzienności. Zdobiona motywem gór i drzew ceramika, dzikie zwierzęta na poduszkach i drewniane dekoracje z gwiazdozbiorami są emanacją stylu rustykalnego, łączącego naturę z romantyczną nutą.

Powstanie marki Make My Wonderland świetnie oddaje dzisiejsze przeznaczenie produktów z jej logo. Kasia chwyciła za pędzle i farby, gdy zmęczona wielkomiejską rzeczywistością Wrocławia wróciła do Jeleniej Góry, by tam odnaleźć swój pomysł na życie. Otoczona karkonoskimi lasami i wzniesieniami, postanowiła zaczerpnąć z nich in inspirację do własnej twórczości, dzięki czemu dziś produkcja urokliwych dodatków do domu pochłania jej czas na równi z życiem rodzinnym.

Co skłoniło Cię do założenia marki i czemu poświęciłaś się akurat porcelanie i dekoracjom?

KH: Chciałam choć troszkę odmienić, „zaczarować” codzienność osób, do których docieram. Czasy są takie zwariowane, że niestety większość ludzi stale gdzieś gna i pędzi, brakuje im czasu na relaks i taki totalny reset. Zależało mi więc na tym, aby poprzez takie prozaiczne czynności, jak np wypicie herbaty, mogli się troszkę wyciszyć. Popatrzeć sobie na namalowane góry i kto wie, może poczuć bodziec, aby w najbliższy weekend spakować plecak i wyruszyć na szlak.

Chciałam żeby były to przedmioty, z których się dużo korzysta, po to, żeby jak najczęściej mogły cieszyć oko. Natomiast co do dekoracji, czyli poduch i drewienek, powiedzmy, że są to elementy wpisane „na stałe” w dany mieszkaniowy krajobraz. Gdy ktoś powiesi sobie drewienko na ścianie, to raczej trochę tam powisi, nie będzie go przewieszał co dwa dni, więc też będzie mógł stale wodzić za nim wzrokiem i choć na chwilę zresetować myśli i uciec do świata fantazji. Ja sama mam na ścianach bardzo dużo zdjęć, ilustracji, dodatków typu poroże czy drewienka. Lubię oderwać się od tego, co aktualnie mnie zajmuje i po prostu sobie popatrzeć, zatrzymać myśli i pobudzić wyobraźnię.

Natura zawsze była Ci bliska, czy przy okazji tworzenia uznałaś, że najlepiej współgra z Twoimi pracami?

Zdecydowanie tak. Miałam to szczęście, że bardzo dużą część dzieciństwa spędziłam na wsi. Pola, łąki, lasy – to było moje królestwo. Mieszkam w górach, więc i one są bardzo drogie mojemu sercu. Choć mając lat naście, przyszedł moment, że mniej doceniałam otaczającą mnie naturę, potem wyjechałam na studia do Wrocławia, i jak większość młodych zachłysnęłam się „dużym miastem”. Ale bardzo szybko zatęskniłam za tym, co było mi bliskie. Dlatego między innymi razem z Remikiem zdecydowaliśmy, że tuż po ślubie wracamy do Jeleniej Góry. Natura wzywała. Kocham góry i lasy i to tu jest moje miejsce. Od zawsze i na zawsze 🙂 Dlatego też był to dla mnie naturalny kierunek twórczości.

Ile zajmuje Ci zdobienie i z jakich technik korzystasz?

Wonderland powstał 3 lata temu, miałam więc nieco czasu, aby sobie trochę wytrenować rękę. Początki nie były łatwe. Wszystko zajmowało mi zdecydowanie więcej czasu niż dziś. Ogólnie jednak zawsze jest to proces rozbity na kilka etapów, nigdy nie jest tak, że biorę np kubek czy plaster drewna, maluję i już, gotowe. Jeśli chodzi o porcelanę, najpierw muszę ją umyć, odtłuścić, dopiero wtedy jest gotowa do malowania. Motyw gór zajmuje zdecydowanie najwięcej czasu. Potem, gdy farba wyschnie (czekam zawsze dobę) wypalam porcelanę. Do kubków dodaję też herbatki, i tu znowu trochę zabawy. Bo muszę „wydziurkować” jelonki, poodrywać papierki z herbaty, potem na sznureczku skleić jelonki i popakować. To są takie małe czynności, ale jak się wszystko zbierze razem, zajmują sporo czasu.

Jeśli chodzi o drewienka, to najpierw muszę przygotować powierzchnię do malowania, czyli oczyścić ją z pyłków itd. Potem szkicuję ołówkiem, to co ma być namalowane a następnie zabezpieczam plaster, żeby farbą nie pobrudzić kory. Gotowy malunek musi też trochę poschnąć, żebym potem mogła nałożyć na niego jeszcze zabezpieczającą warstwę werniksu, który również musi odczekać swoje. Na koniec jeszcze tylko wbicie haczyka i gotowe 🙂 Najwięcej zabawy jest jednak z poduszkami. Najpierw muszę pofarbować poszewki, co robię w wielkim starym garze, więc stoję godzinę nad tym „kotłem” i w nim mieszam. Naturalnie potem taką poszewkę muszę przepłukać i gdy jest już sucha, prasuję ją i jest gotowa do malowania. I tu też robię sobie wstępny szkic i dopiero potem główny malunek. Gotową poszewkę zaprasowuję, żeby utrwalić malunek. Jak widać, każda rzecz musi przejść kilka etapów, żeby na koniec móc wyruszyć do swojego nowego domu.

www.makemywonderland.pl
https://www.facebook.com/makemywonderland

Rozmawiała: Kasia Szulik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.