Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Drukuj

Opublikowano w:

Bartosz Kosowski – nowy plakat polski [wywiad]

Bartosz Kosowski – absolwent łódzkiej ASP i filologii angielskiej we Wrocławiu. Znakomity ilustrator doceniany na polskiej i zagranicznej scenie artystycznej. Zdobywca trzech złotych medali przyznawanych przez amerykańskie stowarzyszenia ilustratorów. Swoje ilustracje tworzy w tradycyjny sposób – odręczne rysunki dopiero w końcowej fazie trafiają do komputerowej obróbki, gdzie nakładane są kolory i komponowane poszczególne elementy obrazu. Jego prace charakteryzuje perfekcyjny rysunek, gdzie każda linia wygląda jakby była elementem wielkiego planu, w którym nic nie zostało pozostawione przypadkowi.

New Polish Design: Przez dłuższy czas byłeś lektorem języka angielskiego. Co się stało, że skupiłeś się na rysunku?
Bartosz Kosowski: To nie było dokładnie tak, że z dnia na dzień stwierdziłem – rzucam pracę i teraz będę zajmował się ilustracją, chociaż nigdy tego wcześniej nie robiłem. Był to dłuższy proces, decyzja, do której w pewnym momencie dojrzałem i stwierdziłem, że warto zaryzykować. Choć rysuję od dziecka, pierwszym kierunkiem studiów, który ukończyłem, była filologia angielska. Po ukończeniu szkoły średniej po prostu wydawało mi się, że jest to łatwiejsze rozwiązanie i że po takich studiach bez problemu można znaleźć pracę i jakoś normalnie żyć. I rzeczywiście, przez dłuższy czas pracowałem w zawodzie jako nauczyciel angielskiego w liceum, a następnie – jako lektor. Cały czas jednak rysowałem i studia na ASP były naturalnym wyborem, którego musiałem w końcu dokonać. Za dnia pracowałem zatem jako lektor języka angielskiego, a wieczorami przychodziłem do domu i rysowałem. Po kilku latach stwierdziłem jednak, że taki styl życia jest fajny jak się ma dwadzieścia-kilka lat, ale na pewnym etapie nie można prowadzić takiego ,,życia na dwa fronty’’ (śmiech). Wówczas pomyślałem: ,,Dam sobie rok, rzucę pracę – zobaczymy, czy da się z tego żyć’’. Minęło sześć lat i jakoś daję radę (śmiech).
NPD: Twoje ilustracje pojawiają się regularnie w polskiej i zagranicznej prasie. Jaki był Twój pierwszy projekt i jak udało Ci się zdobyć takie zlecenie?
BK :Jeżeli chodzi o prasę polską, to wydaje mi się, że był to „Newsweek”. Dawno, dawno temu zrobiłem dla nich dwie ilustracje – było to na ostatnim roku studiów albo zaraz po studiach. Od tego się zaczęło. Później dostałem zlecenie narysowania portretu dla nieistniejącego już „Przekroju”. Po jakimś czasie był kolejny portret dla nich i tak zlecenie to przerodziło się w coś w miarę cyklicznego – średnio co tydzień-dwa wykonywałem dla nich portrety. Z tego, co pamiętam, było to moje pierwsze większe zlecenie, które ciągnęło się przez dłuższy czas.
NPD: A prasa zagraniczna?
BK: Pierwszym większym projektem, który zrobiłem za granicę, były ilustracje dla niemieckiego magazynu piłkarskiego,,11 Freunde’’. Zlecono mi narysowanie poczwórnej okładki do specjalnego numeru magazynu. Każda z okładek przedstawiała główną postać (piłkarz roku, trener roku itp.), wokół której znajdowali się pozostali nominowani. Powstały cztery różne okładki, które – położone obok siebie – tworzyły jedną całość. Później dostawałem zlecenia z Norwegii, z różnych magazynów. Następnie było pierwsze zlecenie z USA – dla „The New Republic”, gdzie rysowałem Jay’a Carney’a. Z miesiąca na miesiąc zleceń ze Stanów było więcej i więcej… i tak udało mi się już rysować ilustracje i portrety dla „The New Yorker”, „The Hollywood Reporter”, „Chicago Magazine”, „The Smithsonian”, „Slate Magazine”, czy magazynu „Centurion” rozprowadzanego wśród posiadaczy Czarnej Karty American Express. Do tego pojawiały się czasem zlecenia z innych krajów – na przykład dla francuskiego „Pluris” czy angielskiego „Monocle”. I tak to się jakoś potoczyło, że aktualnie nie muszę się martwić, czy dostanę jakieś zlecenie. Martwi mnie tylko to, czy będę miał czas na jego wykonanie (śmiech).

Czytej też:   Tapicerstwo – dawne czasy czy nowa moda?

NPD: Dostajesz zlecenie. Jak zabierasz się do pracy?
BK: To, ile czasu potrzebuję, najczęściej wyznacza deadline od klienta. Ma to znaczenie, ponieważ przywiązuję wagę do szczegółów, a to zabiera czas. Takie podejście do rysunku wynika chyba z tego, że robiłem dyplom z technik metalowych, w których szczegół ma bardzo duże znaczenie. Dlatego każda postawiona kreska jest przeze mnie przemyślana. A ile zajmuje mi taka ilustracja? Zazwyczaj wykonuję ją w kilka dni – dwa do trzech. Aktualnie pracuję nad ilustracją dla amerykańskiego czasopisma. Na szkic mam siedem dni, na dostatecznie wersji ostatecznej – kolejny tydzień, czyli czasem terminy są mniej napięte. Osobiście wolę mieć więcej czasu, żeby móc spojrzeć na finalną pracę świeżym okiem.
Czasochłonne są plakaty filmowe, które najczęściej powstają w formie sitodruków. Tutaj ten czas jest dużo, dużo dłuższy. Przykładowo plakat do filmu „Szczęki”, który gdzieś tam zawsze za mną chodził, powstawał rok. Oczywiście nie był to rok, gdzie bez przerwy siedziałem i rysowałem tylko ten plakat (śmiech). Przerysowywałem go kilkukrotnie, aż byłem w końcu zadowolony i wiedziałem, że to może pójść dalej. Z kolei plakat do „Crimson Peak” Guillermo del Toro powstawał jakieś trzy tygodnie. Tutaj jednak rzeczywiście była to intensywna praca non-stop od rana do wieczora – najpierw przygotowanie kilku szkiców do akceptacji przez dyrektora artystycznego w Londynie i LA, następnie praca nad finalną wersją plakatu i w końcu przygotowanie separacji kolorów dla studia sitodruku w Seattle, które odpowiedzialne było za druk.
Plakaty filmowe powstają dużo dłużej niż ilustracje prasowe, ponieważ te drugie mają inny żywot. Ludzie na nie spojrzą i gazeta najczęściej ląduje w śmietniku. Taki jest smutny finał większości ilustracji prasowej. Co innego dzieje się z plakatem, który ktoś decyduje się powiesić na ścianie. Może patrzeć sobie na niego rok, dwa lata czy dziesięć. Dlatego musi być on w najmniejszym szczególe dopracowany.
NPD: A jeśli chodzi o Twój ostatni plakat?
BK: Ostatnim plakatem, który robiłem, był plakat na wystawę do Los Angeles. Każdy zaproszony ilustrator miał przygotować jedną kartę z talii. Moja praca powstawała trzy miesiące. Oczywiście w międzyczasie robiłem też inne zlecenia. Niestety mam świra, aby każda kreska była w miejscu, którym ma się znaleźć. Nie może być przypadków. Czasem mnie to denerwuje, bo gdy patrzę na prace innych artystów, których lubię, to niekoniecznie są to osoby, które rysują podobnie do mnie. Imponuje mi, że ktoś potrafi narysować coś gestem – ma taka wolną, szaloną kreskę, której ja chyba nie posiadam (śmiech).
NPD: Otrzymałeś prestiżową nagrodę, o której marzy każdy ilustrator i grafik. Masz jakiś kolejny cel?
BK: Staram się nie wyznaczać sobie jakichś szalonych celów, typu: ,,Chciałbym coś koniecznie zdobyć, bo jak tego nie zdobędę, to strzelę sobie w łeb’’ (śmiech). Nie mam takiego podejścia. Każdy, kto bierze udział w jakichkolwiek konkursach, ma małą nadzieję na to, że jego prace zostaną docenione. To w końcu jest nasza praca i miło jest, jeśli ktoś sobie o niej pomyśli: ,,To jest rzeczywiście fajne’’, zwłaszcza wtedy, gdy doceniają ją ludzie, którzy też tym się zajmują zawodowo. Co do celu, to jeśli będę w podobnej sytuacji za kilka lat, w jakiej znajduje się aktualnie, to będzie fajnie (śmiech).
NPD: Według Ciebie Polacy potrafią docenić dobrą ilustrację?
BK: (śmiech) Tutaj trzeba by było zrobić sondę wśród Polaków. Najpierw musimy zdefiniować ,,dobrą ilustrację’’. To, co jest ,,dobrą ilustracją’’ dla mnie, niekoniecznie będzie ,,dobrą ilustracją’’ dla ciebie czy dla Pani Krysi z kiosku. Czasem to, co jest dobrą ilustracją dla jednego dyrektora artystycznego może być bardzo nieciekawą pracą dla drugiego. Samo pojęcie ,,dobra ilustracja’’ jest bardzo dyskusyjne. Widać to także na konkursach międzynarodowych. Ilustracje, które wygrywają czasami jakieś prestiżowe nagrody w jednym konkursie, niekoniecznie są doceniane w innych konkursach. Każdy rynek ilustracji ma inny styl, który mu odpowiada. W Polsce i Europie widać, że warsztat nie jest tak ważny jak nowatorskie podejście czy zabawa z formą itd. W Stanach większą wagę przywiązuje się do dobrze opanowanego warsztatu. Czy Polacy potrafią docenić dobrą ilustrację? Myślę, że tak. W polskich magazynach jest coraz więcej ilustracji i coraz więcej ilustratorów, którzy rzeczywiście publikują i żyją z tego, więc chyba nie jest tak źle (śmiech).
NPD: Czyje prace doceniasz, kogo podziwiasz?
BK: To się bardzo zmienia. Szczerze mówiąc, jest mnóstwo ilustratorów, których prace lubię. Chociaż, jak wspomniałem, oni nie zawsze tworzą rzeczy, które są zbliżone stylowo do tego, co robię ja. Osoby, które niezmiennie doceniam za to, co robią to: Tomer Hanuka za jego komiksowe postaci i czasem zadziwiające połączenia kolorów, James Jean za niesamowitą kreskę i umiejętność odejścia od komercyjnej ilustracji i skupienie się na czymś, co coraz bardziej przypomina sztukę, Olly Moss za bardzo fajne kontynuowanie tego, co w plakacie robił Saul Bass, Aaron Horkey za perfekcyjny warsztat, który z powodzeniem mógłby wykorzystać do projektowania banknotów.
Trudno jest mi wymienić tu wszystkich, bo mielibyśmy tutaj bardzo długą listę nazwisk (śmiech). Codziennie pojawia się mnóstwo fajnych rzeczy, które podglądam i podziwiam.

Czytej też:   Wszyscy jesteśmy .KTW

Rozmawiała Paulina Krupa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.